Zamknięte i otwarte oczy

"Zmierzch opuszczonych miast" Limen Butoh, foto: WILK

Na największym festiwalu naukowym w Polsce pierwszy raz w historii wystawiono performance butoh. Pomysł na pokaz narodził się z okazji 80. rocznicy zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, więc zarówno pojawienie się samego butoh, jak i zakontraktowanie spektaklu Teatru Limen Butoh „Zmierzch opuszczonych miast” były absolutnie naturalnym wyborem. Ale publiczność Śląskiego Festiwalu Nauki w Katowicach nigdy nie była przygotowywana na spotkanie ze sztuką, która ma być spotkaniem z Nieznanym (także tym drzemiącym w nas samych), więc nie wiadomo było jak ten eksperyment przebiegnie.

Zmierzch opuszczonych miast” w swej wyjściowej inspiracji związany jest ze słynnym „Stalkerem” Andrieja Tarkowskiego (1979) i w swej koncepcji poszukiwawczej naprowadzać ma na trop post-pamięci i epigenetyki, czyli zaklętej w nas pamięci i reakcji na wydarzenia (traumatyczne, wojenne, historyczne, rodzinne), których nie byliśmy uczestnikami. „Stalker” pasuje do tego osobistego badania wręcz idealnie. To wyjątkowy film. Arcydzieło, które jest arcydziełem, a nie tylko wypada w ten sposób o nim mówić, bo to modne albo zgodne z opinią autorytetów. To też praca... niedostępna dla wielu, bo aby ją obejrzeć na głębokim poziomie i spróbować odczytać, trzeba zapomnieć się bez powrotu, zanurzyć się w ciszy, w dziwacznej przestrzeni, w surrealistycznym zdarzeniu. I jeszcze dokonać swoistej ucieczki z więzienia własnego umysłu. Przekroczyć sztywne ramy. 

Image

Katowicka publiczność tego filmowo-naukowego kontekstu jednak nie znała, musiała zmierzyć się ze spektaklem stworzonym przez Sylwię Hanff „na surowo”, ale za to w iście surrealistycznych okolicznościach. Śląski Festiwal Nauki to ogromna impreza, w gigantycznej hali Międzynarodowego Centrum Kongresowego (MCK) działają cztery sceny, dookoła których można zwiedzać ok. 2 tysięcy stoisk uniwersytetów i ośrodków badawczych. Wszystko jest głośne, różnorodne, kolorowe, intensywne. W poprzednich latach na tym festiwalu gościło ok. 30 tys. osób, ale tym razem padł niespodziewany rekord aż 80 tysięcy! Taka masa ludzi znacznie zmieniła tamtejsze warunki. Przestrzeń przeznaczona do wystawienia performance nagle stała się rozedrgana, pełna dźwięków i niespodziewanych zdarzeń; z cichego zakątka, jakim była jeszcze w ubiegłym roku, przemieniła się w ruchliwe skrzyżowanie ludzkich dróg.

Performance Limen Butoh rozgrywał się przede wszystkim na wielkich czarnych schodach MCK, które z jednej strony okalała nierównomierna bryła budynku przypominająca jęzor wygasłej lawy, a ponad nimi znajdowała się antresola z przeszklonymi oknami dającymi tyle białego światła, że trzeba było aż mrużyć oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. Kiedy wzrok się przyzwyczajał można było dostrzec, że na drodze tych postaci są rośliny, zielone trawy wyjęte z doniczek i „rosnące” na czarnym kamieniu, wprost na skale. Wyobraźcie to sobie. 

Image

A do tego jeszcze tłum ludzi, który tamtędy przechodzi po spotkaniu z polskim astronautą Sławoszem Uznańskim-Wiśniewskim. Przypadkową publiczność przystającą obok grupy widzów, słyszącą muzykę, której nie da rady połączyć zresztą festiwalu; widzącą trójkę performerów ze skórą pomalowaną na biało, wyglądających tam tak, jakby byli „z kosmosu”. W przenośni oraz dosłownie, bo „Zmierzch opuszczonych miast” rozpoczął się od przyciągnięcia przed schody ruchomej platformy, a później już zabrzmiały dźwięki burzy, lawina dźwięków kompozycji Pierre’a Boeswillwalda i istne trzęsienie ziemi, jakim było dynamiczne solo Sylwii Hanff. Tę sytuację obserwowały dwie tajemnicze, chude postaci stojące na szczycie schodów. Tam silne promienie słońca wycinały ich sylwetki, tworząc z nich postaci znane nam z filmów SF. Całość – poprzez te jasne i ciemne kontrasty, abstrakcyjny obraz mieszający się z realnym – sprawiała wrażenie zaburzeń perspektywy, dawała wrażenie ogromu siły natury (zaklętej w postaci zimnej, wygasłej lawy i ciepłych promieni niezwykle jasnego światła pełznącego po niej) zetkniętej z kruchością tańczącego u jej stóp jednego człowieka. Człowieka, który po swoim – pierwszym i jednocześnie ostatnim – tańcu upada na ziemię. To była scena jak ze snów. Jak z wyobraźni. Jak z filmów. Jak z malarskich obrazów.

Postaci z czarnych schodów wyglądają jakby niosły ze sobą jakieś informacje. Zarówno on (Marek Kowalski), jak i ona (Magdalena Jakubów) idą niezwykle wolno, trzymając w rękach przemysłowe lampy na długich kablach. Ciepłe żółte światło załamuje się na czarnych stopniach, oświetla ich ciała lub tylko stopy, a oni upadają, wstają, poruszają się tak, jakby płynęli przez gęstą magmę (czasu?). To nie był zwykły ruch, to był ruch anaturalny. Jakby te ogromne schody miały inne moce, jakby inaczej przyciągały, przyklejały, ingerowały w ruch i zwalniały rzeczywistość. Od strony ciężkiej zwalistej bryły jęzora lawy jakby mocniej „działało” energią, bo performer momentami niemal odrzucał swe człowieczeństwo wspinając się na tę silnie pochyloną ścianę jakoś tak zwierzęco, pierwotnie...

Image

Dla mnie to było bardzo przekonujące, bo gdy grająca tu główną rolę Hanff upada na ziemię i widzimy jej towarzyszy schodzących jak z przestworzy do niej, to każdy ich zwolniony krok wydawał się tutaj być nieuchronny. Och, jak opisać nastrój tej sceny? Tę emocję, gdy zbliża się coś, czego nie możemy przewidzieć, ale czujemy, że na pewno się wydarzy? Nie da się w słowach ująć rytmu serca podbijanego skutecznie przez (naprawdę ciekawą!) muzykę Boeswillwalda. Nie da się komunikatywnie, samym tylko językiem, opisać jej wielowarstwowości i ukrytych dźwięków, bo to trzeba po prostu przeżyć samemu. Oczywiście, lepiej byłoby słuchać jej w pełnej ciszy, ale ten „ludzki szum” panujący w MCK też tu grał, bo wzmagał coś w rodzaju podziału na dwa światy. Na ten tajemniczy przed widownią i ten zwykły za nią.

Trzeba było wiele siły i wcześniejszego scenicznego doświadczenia, aby od początku do końca utrzymać skupienie w takiej rozproszonej energii. Tancerzom z Limen Butoh udało się to naprawdę dobrze. Zaś z mojego punktu widzenia sytuacja była zmienna. Falowała jak na wzburzonym morzu. Raz słyszałam napadający na mnie od tyłu gwar i dźwięki, raz ich nie słyszałam w ogóle i wpadałam w głąb dziwnego świata, przestrzeni i zdarzeń „Zmierzchu…”. Ale kiedy jedna z „kosmicznych” postaci mnie okrążyła (myślałam wtedy o wykraczających poza zjawiska fizyczne obrazach w „Stalkerze”), zostałam nagle wyrwana z tego białego szumu, poprzez mój własny obrót i podążanie wzrokiem za akcją. I z zaskoczeniem zobaczyłam, że publiczność wcale nie stoi tuż za moimi plecami, a ja… jestem w Zonie. Fizycznie na placu gry. Jestem na nim i nie mogę się już cofnąć, bo zburzę kompozycję. W tym momencie umysł przerzucił mnie „na drugą stronę”. Nie będę tego wyjaśniać teraz, po prostu wiedzcie, że architektura tego spektaklu była tak niezwykła, że doprowadziła do przekroczenia granicy, a post-pamięć, „pamięć zapożyczona” (to nią właśnie zajmowała się Sylwia Hanff w warstwie merytorycznej „Zmierzchu opuszczonych miast”) objawiła się na żywo. Co za przeżycie.

Image

A później wszystko w tym performance stało się jeszcze bardziej dziwne, intensywne, zaczęło przypominać coś w rodzaju nierytmicznego, asymetrycznego transu w zwolnionym tempie. Każdy był tu inaczej, każdy w swoim rytmie. Z tego czasowego zamieszania nagle wyłoniła się ikona jurodiwego. Świętego głupca, który nawet nie musi otwierać oczu, by widzieć. Uduchowionego „szaleńca”, ascety i wyrzutka brutalnie obnażającego fałsz świata, a może i jego grzech. Znającego przyszłość. Pokazującego obraz nas samych, bojących się wszystkiego, co nieoswojone, wykraczające poza normę (i samych siebie ukrytych też). Za symbol performerzy wybrali przywiązane na wąskich białych tasiemkach duże metalowe nakrętki od śrub. Śruba włożona do ust wyglądała jak krzyk, trzymana w ręku na zwisającej szmatce jak oko (które może widzieć więcej?), bujana nad głową jak wyrywająca się grawitacji broń ninja. Ciekawe, że widzowie bali się je przyjąć. A jeśli już je wzięli, to upuszczali po chwili na ziemię... Bardzo symboliczne. Prawdziwe.

Image

Limen Butoh ciągnął dalej te niezwykłe obrazy – trawy rosnące na czarnym betonie były rozrywane, dzielone jak chleb na części. Kładzione na czoło, na serce. Jedna postać (Jakubów) kładła się krzyżem, a druga (Hanff) tkwiła przed nią w bezruchu ze spuszczonymi na twarz włosami z zielonymi kępami zaciśniętymi w dłoniach i z całkowicie otwartymi ramionami… Wiele symboli, raczej nie o tych znaczeniach, które pojawiają się w naszej kulturze w pierwszym skojarzeniu. To nie ten przekaz. To zarys świata odrzucanego, nieprzystępnego ale nie niedostępnego. To lustro wielkiego kosmosu wyobraźni, przeszłości dziejącej się tu i teraz, a może także i przyszłości. Architektura spektaklu stworzona na jego początku została tu zdekonstruowana, obalona, informacja przejęta, połknięta, przetrawiona i przekazana na zewnątrz. Weź to oko, weź… Weź, jeśli się boisz... Weź, jeśli się nie boisz...

Image

[Stalker: „Stoimy u progu. To najważniejszy moment w twoim życiu. Musisz wiedzieć, że najskrytsze twoje pragnienie spełni się tutaj. Twoje najszczersze pragnienie; pragnienie, które najbardziej cię bolało”].

Po chwili tego nieoczekiwanego powrotu pod czarną skałę, już troje performerów kładzie się na obskurną platformę na kołach. I jadą powoli, do tyłu tą „drezyną”. Jeszcze została ostatnia nakrętka do rozdania… Przyjmuje ją na dłoń pani z ochrony. Nie upuszcza.

Dopełniło się.

Sandra Wilk, Strona Tańca
www.stronatanca.pl

Strona Tańca sprawowała patronat medialny nad pokazem „Zmierzch opuszczonych miast” Limen Butoh na Śląskim Festiwalu Nauki w Katowicach.

Zmierzch opuszczonych miast” Limen Butoh, koncepcja: Sylwia Hanff, wykonanie: Sylwia Hanff, Magdalena Jakubów, Marek Kowalski, muzyka: Pierre Boeswillwald, pokaz w ramach: 9. Śląski Festiwal Nauki w Katowicach jako wydarzenie specjalne Sceny Pulsar, organizator: Pulsar – portal popularnonaukowy, partner: Śląski Festiwal Nauki, patronat medialny: Strona Tańca, pokaz: Międzynarodowe Centrum Kongresowe, 07.12.2025