Raczej przeczytacie innej recenzji „Przez” Benasa Šarki, która tak dalece wykroczy poza to, co zostało przez tego niezwykłego twórcę pokazane publiczności. Opowiem wam bowiem o tym performance odnosząc się do... zbrodni wojennej. Zrobię to nie dlatego, że ten ceniony litewski artysta miał takie inspiracje, ale dlatego, żebyście mogli to wykraczające poza teatr zdarzenie poczuć inaczej. Odważam się na to szokujące zestawienie, aby pokazać pewne kontry i podobieństwa, bo Šarka sam przypomina, że człowiek nie zmienił się od tysięcy lat, skoro wciąż tkwią w nim wielkie sprzeczności: delikatność i brutalność, miłość i nienawiść.
To jest recenzja ekspresywna, pisana autorską metodą łamiącą formalną definicję dziennikarską. W tym sposobie relacjonowania stawiam na równi wydarzenie artystyczne i zamysł twórcy z własnym przeżyciem, wspomnieniem, impulsami – artystycznymi, społecznymi, politycznymi, historycznymi, naukowymi. Wiele mi wolno, gdy piszę ekspresywnie. Daję sobie do tego prawo: do porzucenia więżących mnie zawodowych ram, do pokazywania moich szerokich skojarzeń, do wyrażania własnych emocji, do korzystania z wolności.
Recenzje ekspresywne są długą formą, to obraz powolnego procesu emocjonalnego odbywającego się przez sztukę. Można te słowa odrzucić albo z nich skorzystać, zanurzyć się, przeżyć dzięki temu coś jeszcze. Zapraszam.
***
Szukam śladu poetyckiego, który jakoś będzie współgrał z pierwszymi scenami „Przez” Benasa Šarki. Obrazami stojącymi tak mocno w kontrze do drapieżnej, agresywnej kultury Zachodu. I z dźwiękami, które przypominają nam o tym, jak bardzo ten świat potrafi być bezwzględny oraz jak totalnie może odrzucać nieznane sacrum.
Znajduję wiersz Wendy Rose „Myślałam, że moja skóra i krew dojrzeją” („I Expected My Skin and My Blood to Ripen”), który został stworzony w reakcji na wystawienie na aukcję koszul z masakry pod Wounded Knee.
Pod Wounded Knee odbyło wielkie starcie zbrojne pomiędzy armią USA a Indianami Wielkich Równin na terenie indiańskiego rezerwatu Pine Ridge w Ameryce Północnej. 29 grudnia 1890 roku rozbito tutaj grupę Siuksów pod wodzą Wielkiej Stopy, co uznaje się za historyczne ostatnią wojnę między białymi osadnikami, a rdzennymi Amerykanami. Źródłem masakry pod Wounded Knee nie była jednak zwykła chęć podbicia nowych terenów, ale strach przed duchowością i nowym kultem [o nim niebawem – przyp.], jaki przyjęli Siuksowie (Lakoci) i inne plemiona indiańskie.
18 kwietnia 2026 r. na dziedzińcu warszawskiego Teatru Akt z białych płacht papieru jest stworzony krąg. Do jego wnętrza wchodzi jeden człowiek. Choć pewności co do tego nie ma, bo pojawia się w ptasiej postaci. Wyglądający trochę jak chochoł, z przykrywających jego sylwetkę kłębowiska jakichś strzępków materiału przypominających pióra, wydmuchuje w niebo puch. Białe strzępki unoszą się bardzo lekko, wręcz radośnie wirują w świetle reflektorów, ale ten sielski obraz zakłóca ostry dźwięk. Chochoł, który za chwilę swoją „skórę” zawiesi na wykrzywionym kiju, ciągnie przy nodze swój wielki ciężar. Na konopnym sznurze wisi mu u nogi zardzewiałe ostrze starej kosy...
Benas Šarka w „Przez”, jednym z najbardziej znanych jego spektakli wystawianych na całym świecie, pokazanym na 8. Butohpolis. Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Butoh, będzie ciągnął tę kosę za sobą przez większość czasu swego występu. Dziedziniec jest betonowy, więc dźwięk ostrza jest głośny i wyraźny. Podrzucana przy każdym kroku kosa spada bezwładnie, niekontrolowanie, tuż przy gołych stopach artysty. I już w pierwszej scenie wiadomo, że to nie będzie zwyczajny pokaz, ani zwyczajna rzeczywistość.

Każdy zgrzyt kosy na betonie wywołuje we mnie dreszcze. Słyszę nie tylko metal, słyszę oręż walki, dźwięk agresji, dźwięk strachu. Wiem, że wielu z pobłażliwością traktuje dźwięki, i gdy czyta, że skrzydła husarii stworzono po to, by wywoływać lęk u przeciwników albo o tym, że podkuwanie butów wojska ma swój psychologiczny sens, uśmiecha się, uważając, że jest to mocno przesadzone. Ale kto doświadczył długotrwałego lęku, np. miał traumatyczne dzieciństwo, był w toksycznym związku, przeżył wypadek samochodowy czy choć jeden dzień wojny, nigdy tej opinii nie podzieli. Te osoby wiedzą, że istnieją dźwięki strachu – może być nim nawet zwykły zgrzyt klucza w zamku albo np. znaczące westchnięcie, i że obliczu kluczowego impulsu rusza lawina wspomnień, emocjonalnych przeżyć, gwałtownego lęku z wycofaniem się lub z automatyczną obroną... [Swoją drogą, właśnie ukazały się badania naukowe o odkryciu bezpośredniej drogi podkorowej łączącej układ słuchowy z ciałem migdałowatym – centrum przetwarzania emocji, przede wszystkim strachu. Ten ewolucyjnie stary „skrót” umożliwia szybką reakcję na dźwiękowe sygnały zagrożenia, a reakcja jest tak błyskawiczna, że omija korę słuchową – przyp.].
Więc słyszę ten straszny dźwięk i dreszcz za dreszczem przechodzi moje ciało, choć spektakl nawet nie rozpoczął się na dobre. Jest naprawdę chłodno, a ja patrzę jak litewski artysta krąży w swoim kręgu boso, rozebrany niemal całkowicie. Jak ciągnie i wyrzuca nogą swoją kosę w górę. Ale kiedy ją odczepia i zaczyna wirować, a otrze tnie ze świstem powietrze, wisząc jedynie na konopnym sznurku, to jest dla mnie nieco za dużo. Czuję taki żar, że muszę i chcę się cofnąć. O ten jeden metr dalej, byle tak intensywnie nie czuć. Nie jestem jedyna, widzę jak mężczyźni odwracają wzrok, zapinają swoje kurtki, jak kobiety nerwowo poprawiają włosy i oblizują wargi. Widzę też drugą grupę tkwiącą na swoich miejscach jak skała i wpatrzoną w Šarkę jak zahipnotyzowana… [Trochę zazdroszczę, ale mam własną drogę – przyp.].
Niemal dokładnie na rok przed masakrą pod Wounded Knee – 1 stycznia 1889 r. w tym samym rezerwacie narodził się Taniec Duchów. Ekstatyczne obrzędy tego tańca szybko przemieniły się w kult, czym niezwykle zainteresowały Siuksów. Plemię to do rytuałów Wovoki dodało trans oraz charakterystyczne magiczne „koszule ducha”, mające ich chronić przed kulami wrogów.
Większość Indian Wielkich Równin, przebywających już w ówczesnym czasie w rezerwatach, stopniowo przejmowała elementy zachodniej kultury – język, ubranie, religię, sposób gospodarowania polegający na handlu z użyciem pieniędzy. Część jednak, rozczarowana tym sposobem życia, zaczęła wracać do przeszłości, do swych korzeni, wspierając się przy tym wizjami nowych szamanów. Najbardziej znanym z ówczesnych proroków był Indianin Pajute z Nevady – Wovoka. Jego wizja w dniu zaćmienia słońca (01.01.1889) zapoczątkowała nowy panindiański kult, związany z głębokim mistycyzmem i obrzędowością Pajutów, nazywany Tańcem Duchów.
Obrzędy te zwiastowały nadejście końca świata z zagładą białych osadników (czyli powrót dawnego porządku i wolnego świata Indian), powrót wytępionych stad bizonów i połączenie się ze zmarłymi bliskimi. Taniec Duchów nakazywał swym wyznawcom życie w pokoju oraz dobre uczynki. Kult ten przyjęło aż 30 indiańskich plemion, w tym Siuksowie, którzy szczególnie wierzyli w ochronną moc „koszul ducha”. Sęk w tym, że te obrzędy z powodu swojej formy wizualnej i ekstatycznego ruchu niepokoiły, a wręcz przerażały, białych Amerykanów. Uznano je za niebezpieczny wybuch pogańskiej religii i za motywujący Indian „taniec wojenny”...
Nawet sam widok Benasa Šarki można interpretować na wiele sposobów, od ukrytych znaczeń jego pierwszej zwierzęcej (a może mitologicznej?) ptasio-ludzkiej metamofrozy, przez wybór związanych z jego ciałem artefaktów (zarówno ulotnych, jak i niemal niezniszczalnych), aż po obraz umoczenia postaci performera w białej farbie. Artysta wyglądał jakby wszedł po kolana do jakiejś magicznej, gęstej rzeki, a później zamoczył w niej tylko swoją głowę. Te ślady sprawiały, że jego postać została kolorystycznie „poprzecinana”, jakby nie była z tego świata.
Próbuję go jakoś umiejscowić w społecznościach czy wierzeniach. Pierwszym skojarzeniem była kultura Indian, potem wiejskie rytuały środkowej Europy, później nagle mitologia nordycka. Wszędzie i nigdzie. Jakby Šarka prowadził nas swobodnie przez cały glob, celowo mylił tropy, żebyśmy przestali szukać w tym, co zbadane, odpuścili i skupili się li tylko na przeżyciu…
Oglądam i recenzuję taniec, butoh i performance od ponad trzydziestu lat, i choć obiektywnie najlepszy ogląd sytuacji scenicznej jest z oddali, najlepiej nieco z podwyższenia, nie znoszę tej pozycji i nigdy jej nie wybieram. W zasadzie nie interesuje mnie już zewnętrzny obraz całości kompozycji. Interesuje mnie to, co wewnątrz, sam człowiek i jego „ogląd emocjonalny”, a ten najlepszy jest z bliska. Siadam w pierwszym rzędzie, lubię też patrzeć przez zoom aparatu, by widzieć detal, który dla wielu jest niedostępny. Gdy jestem tak blisko lepiej czuję energię, łatwiej wchodzę w podróż, szybciej przekraczam granice. Ale tym razem jest inaczej – stoję w drugim, momentami nawet w trzecim rzędzie, zasłaniają mnie ludzie, a jednak Šarka bez trudu pokonuje tę fizyczną przecież barierę. Bez pośpiechu prowadząc swoje performatywne działania powoli wciąga mnie. W swój świat. Mityczny i mistyczny.
Na ciekawym wykładzie „Rytualny rdzeń sztuki performatywnej Benasa Šarki”, który odbył się dzień po pokazie w Teatrze Akt, Ingrida Ragelskienė, dziennikarka i badaczka zajmująca się jego twórczością, opowiadała o tym, że ten artysta jest w swoich spektaklach przewodnikiem. Widzowie bliżej zaznajomieni z istotą rytuałów zapewne z tego daru skorzystali i od samego początku głęboko przeżywali całość „Przez” na poziomach mistycznych. Mi nie było tak łatwo. Czekałam. Czekałam w uwadze, wiedząc, że prędzej czy później dojdzie we mnie do momentu przesilenia i gwałtownego przeniesienia.
Nie będę ustalać jakie są związki „Przez” Benasa Šarki z „Królem Learem”, którym był luźno inspirowany – nie mają one dla mnie istotnego znaczenia, wspomnę tylko, że to najbardziej krwawy z dramatów Szekspira, a jedną z ofiar jest tytułowy Lear, który umiera trzymając w ramionach ciało swej zmarłej córki, bo pęka mu serce...
Wierzcie mi na słowo, że spektaklu litewskiego twórcy nie trzeba porównywać do innych dzieł artystycznych, on tętnił własnym życiem, był tak odmienny i silny, że dech zapierało. Zaproponowana tutaj metoda pracy z ciałem opierająca się na dyscyplinie i opanowaniu ciała w kontrze z pełnym ryzykiem i wręcz utracie kontroli nad sytuacją, zafundowała chyba każdemu widzowi emocjonalny rollercoaster. Mimo tego falowania cały performance był niebywale spójny i układający się w jedną podróż. Nie ważne czy patrzyliśmy na niego z poziomu stylistycznego, formalnego czy bardziej osobistego, mistycznego, emocjonalnego – mieliśmy tu obraz nieposkromionej wyobraźni, głębokiej wiary artysty w to, co i po co robi, nawet jeśli ociera się to o przypadkowość, ryzyko i przekroczenia możliwości ciała. Przy tym nic nie zostało tu podkolorowane, przesadzone, „przegadane” – dostaliśmy obrazy niezwykle surowe, pierwotne, duchowe, choć mocno osadzone w ziemi – nie wiem jak to lepiej określić.
Już nie widzę ptaka. Lecz kruchego człowieka, ale w świecie, którego nie znam. Rozpina na swoim wielkim, zakrzywionym kosturze sznurek, tworzy się z tej instalacji ogromny łuk. Za chwilę stoi przede mną król w koronie stworzonej ze starej dwuosobowej ręcznej piły poprzecznej do drewna. Widzę mężczyznę i kobietę, władcę i sługę, wojownika i cywila, herosa i upadłego, boga i człowieka. Dziesiątki symboli, choć „opowieść” nie jest rwana. Czuję, że za chwilę wszystko się złamie. I w rzeczy samej tak się wydarzyło [Kto był na pokazie, ten wie o co chodzi – przyp.].
Wielu poruszyły sceny, gdy Šarka improwizując opierał ostry drzewiec na swym brzuchu i na nim napinał swój „łuk” – to była sytuacja niekontrolowana, puszczona na żywioł – wszystko mogło się zdarzyć. Ale mną wstrząsnęła najbardziej krótka chwila, gdy przyłożył kosę do swojej tchawicy. Widać było, że akurat w tym momencie dokładnie kontroluje przedmiot, ale dla mnie był to moment przekroczenia totalnego.
Od tego obrazu nie oglądam już spektaklu, ale płynę z nim, a myśli tylko od czasu do czasu przebijają się przez szeroki obszar samego tylko czucia. Choć Ingrida Ragelskienė opowiadała o teatralnych związkach Šarki ze sztuką Grotowskiego i Kantora, ja zupełnie nagle mam podczas „Przez” gwałtowne skojarzenie z Hasiorem i jego „Ognistymi ptakami” (płonącymi metalowymi rzeźbami stworzonymi z odpadów) i to na długo przed tym, jak w tym performance pojawił się ogień. Coś w tym jest, bo przecież u Hasiora przedmioty użytkowe traciły swe pierwotne funkcje stając się elementami poetyckiej, onirycznej, surrealistycznej i mistycznej rzeczywistości. Wydaje mi się, że Šarka poszukuje w podobny sposób.
Skacze przy tym bez żadnego zabezpieczenia w nieznane, śmiało podejmuje fizyczne i emocjonalne ryzyko, przekracza granice, sięga ku głębi, do samej istoty nieokiełznania żywiołów, wytrzymałości ciała, wreszcie do własnego wnętrza, emocji, serca, a dodatkowo poprzez złamanie funkcji zwykłych przedmiotów, tworzy całym tym arsenałem nowe znaczenia, obrazy, symbole. Co najważniejsze – mamy tutaj absolutne, całkowite zanurzenie się w nowym rytuale. Jak sądzę, za każdym razem w nowym rytuale, w nowej drodze, w nowej podróży ku tajemnicy. Czy jest nią śmierć i to, co za nią czy też duchowe wyzwolenie tu na ziemi – to już zależy od indywidualnej interpretacji. Moim zdaniem w „Przez” byliśmy świadkami wspaniałej przemiany i przejścia ku dobru, szczęściu i pełnej wolności (ze wsparciem tych, których nie ma).

Lokalna prasa drukowała alarmistyczne artykuły o Tańcu Duchów. Pod ich wpływem, z obawy przed kolejnym zbrojnym indiańskim powstaniem, do rezerwatów wysłano spore oddziały wojska. I wkrótce rozpoczęła się wojskowa interwencja nazywana „kampanią w Pine Ridge”. Ceremonie Tańca Ducha zostały zakazane, a tańczących „wrogich Indian” wezwano do powrotu do kontrolowanych przez władze placówek w rezerwatach (tj. do tzw. agencji). Przywódców „buntu” miano aresztować „za wszelką cenę”, co doprowadziło do zabicia jednego z wodzów Siuksów Siedzącego Byka.
Po śmierci tego wodza Indianie zaczęli uciekać z okolic agencji do kryjówek i obozowisk tancerzy (w tym do obozu wodza Wielkiej Stopy). Po tej nagłej migracji Wielka Stopa, obawiając się o bezpieczeństwo swoich ludzi, wyruszył wraz z ok. 350 Siuksami w stronę Pine Ridge. W drodze tę grupę napotkał 7. Pułk Kawalerii pod dowództwem Samuela Whiteside’a, który przekonał (ciężko chorego wówczas) wodza, aby cała grupa udała się do pobliskiego wojskowego obozu, gdzie zapewniono wszystkim opiekę.
Ale rankiem 29 grudnia 1890 r. żołnierze nagle zażądali od Indian znajdujących się w obozie złożenia broni. Osłabieni i przemarznięci Lakoci podporządkowali się rozkazom. Jako jedyny nie chciał się na to zgodzić jedynie szaman Żółty Ptak (niektóre relacje podają, że był to Siedzący Prosto). Protestował, buntował się, wyrzucił garść piachu w stronę nieba, na nowo przekonywał członków plemienia do ochronnej mocy „koszul ducha”.
I oto on, Benas Šarka, wcześniej ptak, staje przed nami, jak ten szaman, niemal nagi i „uzbrojony” jedynie w cienki materiał oraz swoją wiarę w moc rytuału. W niebo wyrzuca biały puch, talk, później kawałeczki spalonego papieru. Buntuje się. Protestuje. Zachęca do swojej drogi. Pokazuje sens swojej ucieczki. Do świata, który jest magiczny, rytualny, tak duchowy, zapewniający taką ochronę, że niebezpieczeństwo go nie dotknie.
Na skrzypcach gra, choć nie ma skrzypiec, a tylko łuk i piłę. Człowiekiem pełnym bólu się staje, choć ma tylko noże, którymi podrzuca. Herosem się staje, choć jego tarczą przed ostrzami jest jedynie kawałek dykty.
Mogło się wydawać, że Šarka był sam. Ale nie był, bo wraz z nim podróżowali także ci widzowie, których przekonał, wciągnął, zaraził; ci, którzy mu uwierzyli…
Wolnym ptakiem się staje, choć ma tylko zmęczone ciało i pióra przypięte do nóg. Szamanem się staje, choć tylko zasłania twarz płachtą papieru. Przechodzi przez barierę, choć od zapalonego papierosa tylko rozpala swe pochodnie stworzone naprędce na jakichś kilku patykach… Ogień jest niesforny, nieokiełznany. Prowadzi swoją drogą. Zarówno ku bólowi, jak i ku wolności.
Kawalerzystom nie wystarczył widok złożonej na placu broni. Uważali, że zdobycz jest zbyt mała. Rozpoczęli więc rewizje osobiste i przeszukania namiotów w obozie. Odebrali Indianom wszystko, co mogło posłużyć do ewentualnej walki. Podczas tych czynności jednemu z młodych wojowników (przekazy mówią, że był głuchy) przypadkiem wypaliła ukryta broń, a żołnierze myśląc, że to atak rozpoczęli ostrzał bezbronnego tłumu ze wszystkich stron. Otworzyli ogień z czterech działek Hotchkissa masakrując Indian i własnych żołnierzy wziętych w krzyżowy ogień.
Mimo białej flagi wywieszonej przed namiotem Wielkiej Stopy żołnierze kontynuowali swój ostrzał w totalnej panice. Według oficjalnych wojskowych danych zginęło 153 Indian, a los 150 innych pozostał nieznany. Ale jest też zeznanie złożone przed Senatem USA przez Mario Gonzaleza, pełnomocnika Stowarzyszenia Ofiar Wounded Knee, że śmierć poniosło 356 Indian. Namioty w obozie palono, a uciekających ścigano i mordowano, nie oszczędzając kobiet ani dzieci. Po trzech dniach, gdy do miejsca rzezi dotarła z agencji Pine Ridge ekspedycja pogrzebowa, niektóre ciała dodatkowo zbezczeszczono i rozebrano. Zabitych pozbawiono „koszul ducha”, zabrano im też inne wartościowe przedmioty „na pamiątkę”.
Zamordowanych Indian pochowano w mogile zbiorowej bez żadnej ceremonii religijnej. Brutalną masakrę dokonaną na bezbronnym tłumie przeżyło jedynie 50 osób.
W trakcie trwania „Przez” przypominają mi się tylko kulturowe mikroślady, to są tylko mignięcia myśli – nie prowadzę analizy w trakcie. Raczej idę z Benasem Šarką w nieznane, nierozpoznane. Bezradnie patrzę jak podrzuca noże, jak podejmuje ryzyko z nimi związane, jak oddaje się losowi. Czy się zrani? Tak. Czy to się wszystko źle skończy? Nie. Pióra odpięte z nóg trafiają na długą piłę, na środku której płonie ogień. Z kosy powstaje dziób. I to duchowe zwierzę „ożywa”.
Co się tu dzieje? Co się dzieje na tym betonowym dziedzińcu? I co się dzieje ze mną? Bo dzieje się wszystko naraz; to było uczucie, które można by porównać wizualnie do tego, jakby wszystkie obejrzane filmy przewijały się pod powiekami z zawrotną szybkością, lecz nie w chaosie, tylko z możliwością równoległego odczytywania. Tyle, że chodzi o głęboki odbiór zmysłowy, czuciowy i emocjonalny, a nie intelektualny. Podobny stan, tyle że trwający długotrwale, nazywany jest rozszerzoną rzeczywistością duchową.
A później ten żelazny ptak uniesiony na rękach ponad głowę performera załopoce swymi ciężkimi skrzydłami. Otoczy całą publiczność, by w końcu zniknąć w ciemności...

To już koniec? Ja nie chcę. Nie chcę wracać do świata, którego sprzeczności we mnie się nie mieszczą...
Dlaczego?
Pod Wounded Knee szaman Żółty Ptak został zabity, podobnie jak wódz Siuksów. Wielka Stopa został sfotografowany martwy na polu bitwy, następnie go oskalpowano, a makabryczne trofeum trafiło do Muzeum 7. Pułku Kawalerii w stanie Massachusetts... Po co to zrobiono? W imię czego? Zabito człowieka wcześniej rozbrojonego, ciężko chorego, nie mogącego podjąć ucieczki ani walki i nawet po śmierci poniżono go w sposób niewyobrażalny. Wodza, który tańczył Taniec Duchów. Wodza, który pragnął tylko wolności dla swoich pobratymców z plemienia. Wodza, który kultywował wiarę w życie w pokoju, dobre uczynki i powstrzymanie się od picia alkoholu. Wodza, który chcąc ratować swoje plemię, wywiesił białą flagę w geście kapitulacji. Oskalpowano go i wystawiano jego skalp w muzeum przez niemal 110 lat, aby napawać się tym „zwycięstwem”, tym triumfem siły nad nieznanym obrzędem w tańcu, którego przesłania nie chciano nawet poznać.
Osiem dni po tragicznym starciu, nad strumieniem odnaleziono konającego uciekiniera z masakry. Przemarznięty i wymęczony wkrótce zmarł. Był to Indianin o wymownym (proroczym?) imieniu Ostatni Człowiek...
Po masakrze nad Wounded Knee Siuksowie przestali tańczyć Taniec Ducha. Kres wykonywania tych ceremonii przyspieszyło m.in. uwięzienie 27 przywódców Tańca Ducha (1891). Wkrótce po tych aresztowaniach Buffalo Bill, znany organizator rewii z Dzikiego Zachodu, uzyskał zgodę na zwolnienie osadzonych i zaangażował 23 z nich do „Wild West Show”. Szamani i wojownicy stali się cyrkowcami niemal z dnia na dzień i wykonywali Taniec Ducha podczas rocznego tournée po Europie (dla wielu była to jedyna szansa na uniknięcie głodu po powrocie do rezerwatu). Taniec Ducha został ideowo zniszczony podczas nierównej walki, okupionej życiem lakockich wojowników, kobiet i dzieci, a następnie skomercjalizowany i skonsumowany przez białych jako zwykła rozrywka. Bardzo to wszystko smutne...
W XX wieku „koszule ducha” z Tańca Duchów, będące istotną częścią historii powyższej zbrodni wojennej, wspomnieniem oporu i mistycyzmu szamana Żółtego Ptaka, troski o swój lud i ideałów Wielkiej Stopy czy pamięci po Ostatnim Człowieku, trafiły na komercyjną aukcję. To dlatego Wendy Rose, o której wspomniałam na początku, poruszyła w swym niezwykłym wierszu „Myślałam, że moja skóra i krew dojrzeją” (1977) temat handlu przedmiotami o znaczeniu sakralnym:
„Za mało magii
by powstrzymać pociski, za mało magii
by powstrzymać naukę, za mało magii
by powstrzymać pieniądze”.
Czy już rozumiecie, dlaczego wybrałam tę historię (nie mającą związku z „Przez”), aby w wykraczający sposób, przybliżyć wam performance Benasa Šarki?
„Za mało magii…” to właśnie mówi Šarka tworząc swoje nowe rytuały.

Uznanie rytualnej twórczości Benasa Šarki za niebezpieczną czy groźną i odrzucenie jej z powodu niepoznania, byłoby tym samym strachem, w efekcie którego brutalnie stłumiono Taniec Duchów. Zamiast się bać tego nowego obrzędu, naszym zadaniem jest przybliżanie się do niego, próby poznania, traktowanie z uszanowaniem, wejście w czucie i przebycie podróży do nieznanego, stanie się wtedy jasnym, że nie da się takiej obrzędowej sztuki skutecznie zakazać i uwięzić w zapomnieniu (sic!). Tak samo ewentualne próby komercyjnej sprzedaży artefaktów z performance’ów Šarki byłyby jedynie symbolicznym ucięciem skrzydeł tej wolnej istocie, ale i tak nie zgasiłyby ducha w tym niezwykłym artyście, ani nie odebrały mu zdolności do lotu!
Myślicie, że w spowitej mrokiem historii Tańca Duchów nie ma już żadnej nadziei na światło? Mylicie się. Taniec Duchów nie zginął. W niektórych indiańskich plemionach wciąż jest praktykowany, tyle że robi się to w ukryciu (jego drobne elementy pozostały też w tradycjach Siuksów). Współcześnie te ceremonie są małe, mają charakter zamknięty, prywatny i, co najważniejsze, są całkowicie niedostępne dla osób spoza społeczności rdzennych Amerykanów.
Wprowadzono zakaz rytuałów, kiedy to nie pomogło krwawo je stłumiono, później wykorzystano komercyjnie, a w końcu udawano, że ich nie ma, ale szamanów nie da się uciszyć. Byli i są wśród nas. Wystarczy ich poszukać.
Kłaniam się w pas Benasowi Šarce, z szacunkiem chylę głowę przed prawdą i mocą jego szamańskiego rytuału.
Sandra Wilk, Strona Tańca
„Przez” Benas Šarka, wykonanie: Benas Šarka, pokaz w ramach: 8. Butohpolis. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Butoh, pokaz: Teatr Akt (plener), 18.04.2026
Foto: Sylwia Zawadzka

