Czy to nie fajne, że początek sezonu tańca zgrywa się z początkiem budzenia się życia na wiosnę? I w ogóle cały sezon przebiega zgodnie z porami roku, rytmem całego świata przyrody. Wiosną mamy pierwsze taneczne mocne uderzenie, latem wysyp spektakli plenerowych, na przełomie lata i jesieni większość festiwali i intensywny czas (jak to podczas zbiorów), a przed zimą zaczyna się przygotowywanie wniosków i snucie planów na przyszłość. To czas pełny nadziei i wyczekiwania. Głęboką zimą nadchodzi zaś „zawieszenie”, swoiste przyczajenie się, coś w rodzaju snu zimowego. Później jest początek kolejnego roku i wybuchają wielkie emocje, zaczyna się intensywna praca artystyczna, organizacyjna, której kwiaty i owoce widzowie będą mogli podziwiać od początku wiosny…
Warto zauważyć ten wspólny rytm tańca i przyrody, szykować się na niego, współistnieć z nim. Zebrać siły, odbudować się, być w gotowości i w uważności. To powolutku przyniesie efekty, wznowi radość z oglądania tańca.
Opowiem wam pewną moją przygodę dotyczącą nauki uważności [Jestem w tym słaba, ale się staram – przyp.]. Kiedy dokumentowałam protesty uliczne, które wybuchły w czasach władzy prawicy, był to dla mnie niepokojący i traumatyczny czas. Niemal każde wyjście na zdjęcia kończyło się moim pobytem przed jakąś komendą policji, gdzie gromadzili się aktywiści czekając na wypuszczenie osób zatrzymanych. Czekali na każdego, nawet jeśli to była noc. Nie mogłam odejść w takich momentach, mimo zmęczenia, bólu, stresu, przeciążenia, przebodźcowania. Po prostu nie mogłam. Szukałam więc momentu oddechu gdzieś w mieście, gdzieś gdzie nie ma tego stresu, krzyku, przemocy. Znalazłam sobie takie miejsce, świat w świecie. To był Park Miniatur na skrzyżowaniu ul. Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej – tu na prywatnej działce odzyskanej przez rodzinę Kosów stała plenerowa wystawa z makietami najważniejszych nieistniejących już budynków stolicy z XVIII i XIX wieku. Odtworzono na niej w mikroskali m.in. budynki Pałacu Saskiego, Pałacu Kronenberga, Giełdy Warszawskiej, Wielkiej Synagogi czy Pałacu Lubomirskich (wszystkie nie przetrwały II wojny światowej).
Teren został wynajęty od właścicieli na trzy lata (2021–2023), ale formalnie wystawa działała (jako biletowana) znacznie krócej. Ogrodzony plandekami trawnik, gdzie makiety ustawiono na stołach, przestał być pilnowany, a to odizolowane miasto w mieście zaczęło żyć własnym życiem. Chodziłam tam odetchnąć, patrzyłam na tę miniaturową oś Saską o różnych porach roku, najciekawiej było jesienią, gdy ogromne liście z okolicznych drzew wyglądały nienaturalnie nie trzymając skali. Malutkie miasto zaczęło popadać w ruinę – najpierw, a jakże, zniszczono synagogę, jej kawałki rozwleczone były po całym terenie, zbezczeszczone, wzgardzone. Później pod osłoną nocy niszczono kolejne makiety, do budynków wpychano puszki, butelki, zaczęto zostawiać napisy na ścianach. Jedni zostawiali, inni zamalowywali. Makiety budynków zaczęły przypominać slumsy, a potem – po częściowym podpaleniu – ruiny powojenne.
Patrzyłam. Dokumentowałam. Ze smutkiem, ale z ogromną uważnością. Wciąż tam wracałam ciekawa jakie będą kolejne zmiany i jak to się w ogóle skończy. Skończyło się tak, że pewnego dnia – po prostu całe to miniaturowe dawne miasto zniknęło. Posprzątano teren, zlikwidowano ogrodzenie.
Dwa tygodnie temu przypadkiem wróciłam w to miejsce. To był piątek. Tego dnia doszło do awarii sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, zrobił się ogromny tumult, hałas, wszyscy byli zaniepokojeni. Policjanci gwizdali, samochody trąbiły, ludzie się denerwowali nie wiedząc kiedy przechodzić przez ulicę. Chaos. Nagle znalazłam się w centrum tego wszystkiego. Czułam się osaczona hukiem, zdarzeniami, ogarnął mnie silny stres. I przypomniało mi się o tym Parku Miniatur, o tym moim dawnym miejscu ucieczki. Poszłam tam. Usiadłam pod drzewem patrząc przed siebie na oszalałe miasto i na miejsce po mieście, które tu było. Wszystko wydawało mi się jakieś nierealne.
Nagle zobaczyłam żuczka, który obok mnie szedł po trawce, a później usłyszałam, że ptaki śpiewają. O wiośnie. O początku kolejnego cyklu… I przyszła do mnie chwila uważności w najtrudniejszym do uważności miejscu.
Czego i wam życzę. A szczególnie wtedy, gdy pójdziecie na spektakle tańca.

