Trasa spaceru performatywnego z kolektywem Limen Butoh wiodła od pętli Olszynka Grochowska do owianej złą sławą osiedla przy ulicy Dudziarskiej. Tutaj w latach 90. XX w. wybudowano trzy bloki bez dodatkowej infrastruktury, gdzie relokowano osoby o niskich dochodach, wyeksmitowane z warszawskich mieszkań. Odizolowanie od wszystkich i wszystkiego osiedle oczywiście nie posłużyło poprawie ich sytuacji (nigdzie i nigdy nie służy, wystarczy spojrzeć np. na obozy uchodźcze czy slumsy w dowolnym miejscu świata albo na australijskie miasteczka z kontenerów dla Aborygenów). A budynki wybudowane w szczerym polu, na samym skraju granic miasta, pomiędzy torami kolejowymi, szybko nazywano „współczesnym gettem”, „blokami biedy” czy „osiedlem wstydu”. Dziś to jedynie ponure pustostany, po których kręci się zbuntowana młodzież i miłośnicy tzw. urbexu (urban exploration)...
Zanim jednak uczestnicy „Requiem dla Dudziarskiej” dojdą do tych bloków, dzięki przewodnikowi (animator kultury i pilot wycieczek Paweł Łęczuk) poznają ciekawostki historyczne, także literackie, dotyczące Olszynki Grochowskiej, a dzięki performance kolektywu Limen Butoh zanurzą się w nieposkromionej wyobraźni twórców. 16 lipca 2026 r. to wydarzenie rozpoczęło nowy całoroczny cykl spotkań „Nie-miejsca. Miasto, które oddycha. Butoh jest wszędzie”, organizowany przez stowarzyszenie Akademia Umiejętności Społecznych.
Pierwsza scena z performance’u jest iście irracjonalna. Na polanie przy skraju lasu i szutrowej drogi widzimy z pozoru męską postać ubraną jest w surdut założony do tyłu z wielką czerwoną różą zamiast głowy, co od razu powinno się skojarzyć z dziełami surrealistów. Wszak u twórców tego nurtu róża stanowczo przestała być symbolem niewinności (i romantyzmu, sic!), a stała się alegorycznym znakiem, narzędziem do burzenia logiki. Salvador Dalí czy René Magritte tworzyli z czerwonych róż elementy swych malarskich onirycznych wizji, nawiązujących nie tylko do pożądania, ale i do skomplikowanych stanów ludzkiej psychiki. Również męskie garnitury/surduty miały swoją szczególną rolę w wizjach surrealistów, szczególnie w obrazach Magritte, co można zobaczyć m.in. w pracach „Syn marnotrawny”, (1964) czy „Spadanie” (1953). A na polskim rynku sztuki taka ogromna róża może przypominać nam np. sceny z najlepszych obrazów Rafała Olbińskiego, twórcy, który swój styl sam nazywa surrealizmem poetyckim.
Zanim jednak uczestnicy „Requiem dla Dudziarskiej” dojdą do tych bloków, dzięki przewodnikowi (animator kultury i pilot wycieczek Paweł Łęczuk) poznają ciekawostki historyczne, także literackie, dotyczące Olszynki Grochowskiej, a dzięki performance kolektywu Limen Butoh zanurzą się w nieposkromionej wyobraźni twórców. 16 lipca 2026 r. to wydarzenie rozpoczęło nowy całoroczny cykl spotkań „Nie-miejsca. Miasto, które oddycha. Butoh jest wszędzie”, organizowany przez stowarzyszenie Akademia Umiejętności Społecznych.
Pierwsza scena z performance’u jest iście irracjonalna. Na polanie przy skraju lasu i szutrowej drogi widzimy z pozoru męską postać ubraną jest w surdut założony do tyłu z wielką czerwoną różą zamiast głowy, co od razu powinno się skojarzyć z dziełami surrealistów. Wszak u twórców tego nurtu róża stanowczo przestała być symbolem niewinności (i romantyzmu, sic!), a stała się alegorycznym znakiem, narzędziem do burzenia logiki. Salvador Dalí czy René Magritte tworzyli z czerwonych róż elementy swych malarskich onirycznych wizji, nawiązujących nie tylko do pożądania, ale i do skomplikowanych stanów ludzkiej psychiki. Również męskie garnitury/surduty miały swoją szczególną rolę w wizjach surrealistów, szczególnie w obrazach Magritte, co można zobaczyć m.in. w pracach „Syn marnotrawny”, (1964) czy „Spadanie” (1953). A na polskim rynku sztuki taka ogromna róża może przypominać nam np. sceny z najlepszych obrazów Rafała Olbińskiego, twórcy, który swój styl sam nazywa surrealizmem poetyckim.

Już sam ten pierwszy widok z „Requiem dla Dudziarskiej” od razu przywodzi na myśl także moje niezwykłe sny. Swoją drogą surrealiści (ale też dadaiści) silnie odnosili się do snu i halucynacji, co możemy zobaczyć w wielu obrazach: „Uporczywość pamięci” (1934), „Sen spowodowany lotem pszczoły wokół granatu na sekundę przed przebudzeniem” (1944), „Róża” (1958), „Cios w serce” (1952) czy „Grobowiec zapaśników” (1960). Zawarty w nich absurd, nieprawidłowości, błędy postrzegania i zaburzenia logiki wyciągnięte z podświadomości do świata realnego sprawiają, że mózg zostaje wytrącony ze stagnacji, zaczyna szaleć i pracować na wysokich obrotach nie mogąc połączyć znanych sobie elementów w jedną spójną całość. Stąd obrazy plastyczne, prace performatywne czy nawet tylko tekstowe zapisy snów wywołują tak ogromne wrażenie.
Wróćmy do performance’u. Gdy postać się odwraca jej męskość znika, widzimy kobietę z pomalowaną na biało twarzą, która to biel kontrastuje, jeszcze silniej niż czerwień, z soczystą zielenią lasu. „Róża” (performerka butoh Magdalena Jakubów) ma gesty szerokie i niemal nie pracuje mimiką – ma to swój urok i sens, bo wybija na pierwszy plan takie działania jak otwarcie ust czy włożenie do nich zerwanej w lesie pojedynczej trawy. Jakubów porusza się i tańczy wolno, i tak samo nawiązuje interakcję z publicznością. Jest jak roślina, powoli, metodycznie, bez pośpiechu przedzierająca się przez wszystkie bariery. W końcu uwalnia się ze swojej polany i z niezwykłym transparentem (o nim za chwilę) trzymanym wysoko nad głową prowadzi widzów do kolejnego przystanku.
Wróćmy do performance’u. Gdy postać się odwraca jej męskość znika, widzimy kobietę z pomalowaną na biało twarzą, która to biel kontrastuje, jeszcze silniej niż czerwień, z soczystą zielenią lasu. „Róża” (performerka butoh Magdalena Jakubów) ma gesty szerokie i niemal nie pracuje mimiką – ma to swój urok i sens, bo wybija na pierwszy plan takie działania jak otwarcie ust czy włożenie do nich zerwanej w lesie pojedynczej trawy. Jakubów porusza się i tańczy wolno, i tak samo nawiązuje interakcję z publicznością. Jest jak roślina, powoli, metodycznie, bez pośpiechu przedzierająca się przez wszystkie bariery. W końcu uwalnia się ze swojej polany i z niezwykłym transparentem (o nim za chwilę) trzymanym wysoko nad głową prowadzi widzów do kolejnego przystanku.

Tu, na tle zwisających gałęzi przypominających liany, kolejna postać tej fantazyjnej opowieści – tym razem zwierzęca, czy raczej mistyczno-zwierzęca. „Jeleń” (performerka butoh Sylwia Hanff) ma całkowicie zasłoniętą głowę oraz twarz animalistyczną maską. I zdecydowanie stawia na ruch. Z mikrogestów rąk, z delikatnego ruchu całej sylwetki, z przytupów stóp uwięzionych w czerwonych kaloszach powstaje minimalistyczny taniec. Wciąż nie mogę się nadziwić jakie wyczucie muzyki i rytmu ma ta performerka, choć jej prace obserwuję przecież od dawna. Z dosłownie kilku ruchów umie stworzyć etiudę, która z powodzeniem mogłaby funkcjonować solowo. Wystarczy słuchać i patrzeć, by poczuć ten zgrany przepływ między językami (muzyką i dźwiękiem a ciałem i gestem).
Tancerka z maską jelenia na głowie ubrana jest w luźny strój z rozchodzącymi się na boki srebrnymi promieniami i w kimono; razem ten zestaw przypomina liturgiczną szatę. Postać przywodzi więc na myśl (przynajmniej mi) Rogatą Bogini – ucieleśnienie ziemi i lasu, opiekunkę starych zwierzęcych szlaków i labiryntów. Taka postać znana jest w wielu kulturach, od prehistorycznego malowidła naskalnego („Biegnąca rogata kobieta” z Tassili n'Ajjer), przez neopogańskie wyobrażenia bóstw chroniących równowagę ekosystemu i pomagających odnaleźć wewnętrzną intuicję, przez liczne legendy i przekazy związane z magią (np. walijskie), aż po współczesne motywy w sztuce współczesnej i fantastyce. Jednym słowem postać Sylwii Hanff jest tu naprawdę wieloznaczna, nieoczywista, wielowymiarowa, jednocześnie dawna jak i współczesna. A mimo swych delikatnych gestów – intensywna i mocna.
Tancerka z maską jelenia na głowie ubrana jest w luźny strój z rozchodzącymi się na boki srebrnymi promieniami i w kimono; razem ten zestaw przypomina liturgiczną szatę. Postać przywodzi więc na myśl (przynajmniej mi) Rogatą Bogini – ucieleśnienie ziemi i lasu, opiekunkę starych zwierzęcych szlaków i labiryntów. Taka postać znana jest w wielu kulturach, od prehistorycznego malowidła naskalnego („Biegnąca rogata kobieta” z Tassili n'Ajjer), przez neopogańskie wyobrażenia bóstw chroniących równowagę ekosystemu i pomagających odnaleźć wewnętrzną intuicję, przez liczne legendy i przekazy związane z magią (np. walijskie), aż po współczesne motywy w sztuce współczesnej i fantastyce. Jednym słowem postać Sylwii Hanff jest tu naprawdę wieloznaczna, nieoczywista, wielowymiarowa, jednocześnie dawna jak i współczesna. A mimo swych delikatnych gestów – intensywna i mocna.

Po tej tanecznej sekwencji, „Jeleń” wyciąga z ziemi swój transparent i dołącza na szlak do „Róży”. Transparenty są dziwne – w ich centralnym punkcie znajduje się czarny kwadratowy obszar, a do jego białego obramowania przyczepiono kolorowe wstążki. Uniesiony w górę zaczyna żyć – wstążki falują na wietrze, zasłaniają twarze protestujących/wynoszących/krzyczących bez słów, ale to, co owe transparenty oznaczają wyjaśni się dopiero później.
Performerki idą na przedzie całkiem sporej grupy widzów. Są przewodniczkami procesji, której finałowe miejsce jest znane, ale zapewne nikt z publiczności wcześniej na żywo nie widział wstydliwego warszawskiego osiedla, do jakiego zmierzamy. Idziemy powoli, a wraz z nami podąża także muzyka (w dużej kolumnie mobilnej, rodzaju przenośnego głośnika). Jest tak gorąco i tak irracjonalnie, że wszystko zwalnia i wydaje się być snem na jawie.
W trakcie przejścia do następnego stanowiska można się bliżej przyjrzeć użytym w „Requiem dla Dudziarskiej” kostiumom. Jestem przekonana, że czarno-białe stroje tancerek butoh uzupełniono o czerwone artefakty nieprzypadkowo. Kto naprawdę zajmuje się snem, zna nauki świadomego śnienia, ten wie, że czerwień we śnie ma szczególne znaczenie (silniejsze nawet niż czerń). W skrócie: praktyki wchodzenia do Strefy Czerwonej (Dark Energy) to metoda wpatrywania się w ciemność – różnie rozumianej, np. przez wchodzenie w fizyczne doświadczenia, trenowanie wytrzymałości psychicznej, mierzenie się z siłą i gwałtownością występującą w snach, aż po badanie pożądania i w ogóle skali energii życiowej. Ale badanie czy kreacja tego sennego obszaru to również mniej oczywiste i mniej znane praktyki, bo umiejętność doświadczania czerwieni w snach cechuje tylko tych, którzy mogą znieść wielkie obciążenia bez uszczerbku dla siebie oraz tych, którzy... doświadczają drugiego ciała („ciała energetycznego”, jak to określa Carlos Castaneda). Upraszczając, ten, kto śniąc umie zmierzyć się z czerwienią, kto nie ucieka, kto pozwala się nią otoczyć i operuje nią (jak w tańcu), ten jest „uziemiony we śnie”. Jest przebudzony, stabilny, silny. I ma otwartą drogę do świadomego śnienia.
Performerki idą na przedzie całkiem sporej grupy widzów. Są przewodniczkami procesji, której finałowe miejsce jest znane, ale zapewne nikt z publiczności wcześniej na żywo nie widział wstydliwego warszawskiego osiedla, do jakiego zmierzamy. Idziemy powoli, a wraz z nami podąża także muzyka (w dużej kolumnie mobilnej, rodzaju przenośnego głośnika). Jest tak gorąco i tak irracjonalnie, że wszystko zwalnia i wydaje się być snem na jawie.
W trakcie przejścia do następnego stanowiska można się bliżej przyjrzeć użytym w „Requiem dla Dudziarskiej” kostiumom. Jestem przekonana, że czarno-białe stroje tancerek butoh uzupełniono o czerwone artefakty nieprzypadkowo. Kto naprawdę zajmuje się snem, zna nauki świadomego śnienia, ten wie, że czerwień we śnie ma szczególne znaczenie (silniejsze nawet niż czerń). W skrócie: praktyki wchodzenia do Strefy Czerwonej (Dark Energy) to metoda wpatrywania się w ciemność – różnie rozumianej, np. przez wchodzenie w fizyczne doświadczenia, trenowanie wytrzymałości psychicznej, mierzenie się z siłą i gwałtownością występującą w snach, aż po badanie pożądania i w ogóle skali energii życiowej. Ale badanie czy kreacja tego sennego obszaru to również mniej oczywiste i mniej znane praktyki, bo umiejętność doświadczania czerwieni w snach cechuje tylko tych, którzy mogą znieść wielkie obciążenia bez uszczerbku dla siebie oraz tych, którzy... doświadczają drugiego ciała („ciała energetycznego”, jak to określa Carlos Castaneda). Upraszczając, ten, kto śniąc umie zmierzyć się z czerwienią, kto nie ucieka, kto pozwala się nią otoczyć i operuje nią (jak w tańcu), ten jest „uziemiony we śnie”. Jest przebudzony, stabilny, silny. I ma otwartą drogę do świadomego śnienia.

W „Requiem dla Dudziarskiej” mieliśmy więc nie tylko irracjonalne obrazy jak ze snów, mocne nawiązania do artystycznego surrealizmu, monumentalną muzykę, ale też elementy istotne w praktykach świadomego śnienia.
Dowodem na to niech będzie kolejny postój, przy którym pierwszy raz zobaczymy „Człowieka” (performer Marek Kowalski). Zauważmy tę triadę – roślina-zwierzę-człowiek, bo to cały nasz świat w pigułce.
A więc człowiek, sęk jednak w tym, że jego postać wygląda jak jakaś upiorna panna młoda. Biała twarz performera zlewa się ze strojną suknią ślubną, a jedynym elementem (poza transparentem z czarnym kwadratem, który zostanie podniesiony nad głowę po zakończeniu sekwencji performatywnej) są zielone męskie lakierki. Drobny ale mocny kolorystycznie akcent.
Mężczyzna w sukni, czyli człowiek, ale płynny, nieoczywisty, co najmniej dualistyczny. Tak samo, jak poprzednie bohaterki. Performer stawia na mimikę i intensywną eksplorację napięć mięśniowych. Bardzo się różni w tym działaniu, jest najbardziej z krwi i kości, szarpany emocjami, pasją, przeżyciem.
Wkrótce już całą trójką poprowadzą dalej tę naszą niezwykłą procesję. Ludzie, którzy nas mijają są tak zaskoczeni, że nie potrafią ukryć zdziwienia na twarzy. Na czele idzie „Jeleń”, później „Róża”, w końcu „Człowiek” – przy czym męska panna młoda bierze za rękę kobietę, swoją żonę [Kto wiedział, ten wiedział – przyp.] i w tym niezwykłym duecie przywiedzie maruderów na wielką łąkę. To jest nasz cel – zielona łąka, na końcu której stoją samotne trzy białe bloki.
Nasza droga wiedzie przy torach kolejowych. Idziemy w prażącym niemiłosiernie słońcu, a w powietrzu unosi się intensywny zapach kreozotu, substancji produkowanej ze smoły węglowej, którą impregnuje się drewniane podkłady kolejowe. Tego dnia temperatura przekroczyła 30 st. C w cieniu.
Poruszamy się bardzo wolno. Wszyscy są zgrzani, osłabieni, zmęczeni, w końcu wcześniej przewodnik oprowadzał nas wcześniej po Olszynce Grochowskiej. Trasa nie jest zbyt długa, zaledwie kilkaset metrów, ale to prawdziwa droga przez mękę. Wysiłek jest naprawdę ogromny. W sumie symboliczny, bo dochodzimy do kilku kresów. Własnej wytrzymałości, namacalnego obrazu nieczułości i pogardy (tj. osiedla przy Dudziarskiej) oraz do rytuału uwolnienia i wyzwolenia.
Dowodem na to niech będzie kolejny postój, przy którym pierwszy raz zobaczymy „Człowieka” (performer Marek Kowalski). Zauważmy tę triadę – roślina-zwierzę-człowiek, bo to cały nasz świat w pigułce.
A więc człowiek, sęk jednak w tym, że jego postać wygląda jak jakaś upiorna panna młoda. Biała twarz performera zlewa się ze strojną suknią ślubną, a jedynym elementem (poza transparentem z czarnym kwadratem, który zostanie podniesiony nad głowę po zakończeniu sekwencji performatywnej) są zielone męskie lakierki. Drobny ale mocny kolorystycznie akcent.
Mężczyzna w sukni, czyli człowiek, ale płynny, nieoczywisty, co najmniej dualistyczny. Tak samo, jak poprzednie bohaterki. Performer stawia na mimikę i intensywną eksplorację napięć mięśniowych. Bardzo się różni w tym działaniu, jest najbardziej z krwi i kości, szarpany emocjami, pasją, przeżyciem.
Wkrótce już całą trójką poprowadzą dalej tę naszą niezwykłą procesję. Ludzie, którzy nas mijają są tak zaskoczeni, że nie potrafią ukryć zdziwienia na twarzy. Na czele idzie „Jeleń”, później „Róża”, w końcu „Człowiek” – przy czym męska panna młoda bierze za rękę kobietę, swoją żonę [Kto wiedział, ten wiedział – przyp.] i w tym niezwykłym duecie przywiedzie maruderów na wielką łąkę. To jest nasz cel – zielona łąka, na końcu której stoją samotne trzy białe bloki.
Nasza droga wiedzie przy torach kolejowych. Idziemy w prażącym niemiłosiernie słońcu, a w powietrzu unosi się intensywny zapach kreozotu, substancji produkowanej ze smoły węglowej, którą impregnuje się drewniane podkłady kolejowe. Tego dnia temperatura przekroczyła 30 st. C w cieniu.
Poruszamy się bardzo wolno. Wszyscy są zgrzani, osłabieni, zmęczeni, w końcu wcześniej przewodnik oprowadzał nas wcześniej po Olszynce Grochowskiej. Trasa nie jest zbyt długa, zaledwie kilkaset metrów, ale to prawdziwa droga przez mękę. Wysiłek jest naprawdę ogromny. W sumie symboliczny, bo dochodzimy do kilku kresów. Własnej wytrzymałości, namacalnego obrazu nieczułości i pogardy (tj. osiedla przy Dudziarskiej) oraz do rytuału uwolnienia i wyzwolenia.

Gdy wreszcie widzimy budynki, wyjaśnia się, że podczas wydarzenia artyści odczarowują słynny „Czarny kwadrat na białym tle” Kazimierza Malewicza (namalowano go przed laty na elewacji bloków przy Dudzińskiej, graffiti miało chyba przybliżać sztukę mieszkańcom, ale zostało odczytane jako kpina i dodatkowe pognębienie) – ogromne czarne pola wciąż można zobaczyć na szczytowych ścianach pustostanów. Ale członkowie kolektywu Limen Butoh poprzez dodanie do czarnego kwadratu kolorowych wstążek (przepięknie współgrających z wiatrem, z działaniami akcyjnymi) i wyniesienie tego artefaktu ponad głowami zmieniają go w symbol triumfu. Nie ma już ponurego, depresyjnego graffiti, bo zastępują je kolorowe sny, które można mieć zawsze, nawet sypiając na „osiedlu wstydu”. Trzymanie tych transparentów w górze, tańczenie z nimi to jak artystyczny krzyk, że tego jednego, tych marzeń, tej wyobraźni, tej fantazji, tych snów nie mogą nam zabrać. Nikt i nigdy.
Ale jest jeszcze inny obraz związany z tymi niezwykłymi transparentami. Otóż bloki na ulicy Dudziarskiej to białe budynki z zamurowanymi białymi pustakami oknami, ale część z tych zaślepień jest wybita. Widać, że w tych niezasłoniętych pomieszczeniach płonął kiedyś okien, a po tym żywiole pozostały czarne ściany dawnych pokojów i puste otwory bez ram okiennych, osmolone dookoła sadzą i ziejące wprost na widzów „Requiem dla Dudziarskiej” swoją czernią… Co za był widok, gdy patrzyło się na cały obraz z daleką perspektywą włącznie i widziało się w tym samym czasie zarówno czarne okna, którymi się nikt nie zajmuje, jak i czarne kwadraty na transparentach, którym artyści poświęcają swą uwagę. To było jak miks realnych i nierealnych obrazów w snach.
Gotowy kadr plastyczny. Niczego nie trzeba było do niego dodawać. Wyobraźcie to sobie, jak powiewające kolorowe wstążki, soczysta zieleń łąki z łanami białych i żółtych kwiatów, czarno-białe stroje i czerwone elementy niczym słowa kluczowe silnie kontrastowały z czarnymi kwadratami na pierwszym planie i brutalizmem bloków wybudowanych „w nicości” z tymi kilkoma wypalonymi oknami. I jeszcze do tego, że perspektywa sprawiała, że kwadraty i okna były niemal tej samej wielkości. Dla osób z wrażliwością plastyczną wywoływało to wstrząsające wrażenie.
Patrzymy na performerów butoh na łące. Najpierw Sylwia Hanff (już bez maski jelenia) obraca się z transparentem w ręku dookoła własnej osi, wstążki szaleją na wietrze, tworzą nowe kształty. Kiedy wbija planszę w ziemię – kolejna scena. Czerwone kalosze zostają zdjęte, a Hanff jeden z nich podnosi ku swej pomalowanej na biało twarzy. Przytula się do gumowego buta, układa go wzdłuż linii głowy – tworzy się zupełnie nowy, nieznany, kształt.
Po chwili w pole zieleni wpada Marek Kowalski. W swej zwiewnej białej sukni ślubnej wiruje z czarnym kwadratem, wstążkami zaczepia o widzów, jest dynamiczny, nieprzewidywalny. Z boku wyłania się też Magdalena Jakubów z wielką czerwoną różą z tyłu głowy – znów nie wychodzi ze swej roli, jest najspokojniejsza ze wszystkich, ma smutną, niemal kamienną, twarz... [To się zmieni niebawem w najlepszej scenie tego performance’u – przyp.].
Ale jest jeszcze inny obraz związany z tymi niezwykłymi transparentami. Otóż bloki na ulicy Dudziarskiej to białe budynki z zamurowanymi białymi pustakami oknami, ale część z tych zaślepień jest wybita. Widać, że w tych niezasłoniętych pomieszczeniach płonął kiedyś okien, a po tym żywiole pozostały czarne ściany dawnych pokojów i puste otwory bez ram okiennych, osmolone dookoła sadzą i ziejące wprost na widzów „Requiem dla Dudziarskiej” swoją czernią… Co za był widok, gdy patrzyło się na cały obraz z daleką perspektywą włącznie i widziało się w tym samym czasie zarówno czarne okna, którymi się nikt nie zajmuje, jak i czarne kwadraty na transparentach, którym artyści poświęcają swą uwagę. To było jak miks realnych i nierealnych obrazów w snach.
Gotowy kadr plastyczny. Niczego nie trzeba było do niego dodawać. Wyobraźcie to sobie, jak powiewające kolorowe wstążki, soczysta zieleń łąki z łanami białych i żółtych kwiatów, czarno-białe stroje i czerwone elementy niczym słowa kluczowe silnie kontrastowały z czarnymi kwadratami na pierwszym planie i brutalizmem bloków wybudowanych „w nicości” z tymi kilkoma wypalonymi oknami. I jeszcze do tego, że perspektywa sprawiała, że kwadraty i okna były niemal tej samej wielkości. Dla osób z wrażliwością plastyczną wywoływało to wstrząsające wrażenie.
Patrzymy na performerów butoh na łące. Najpierw Sylwia Hanff (już bez maski jelenia) obraca się z transparentem w ręku dookoła własnej osi, wstążki szaleją na wietrze, tworzą nowe kształty. Kiedy wbija planszę w ziemię – kolejna scena. Czerwone kalosze zostają zdjęte, a Hanff jeden z nich podnosi ku swej pomalowanej na biało twarzy. Przytula się do gumowego buta, układa go wzdłuż linii głowy – tworzy się zupełnie nowy, nieznany, kształt.
Po chwili w pole zieleni wpada Marek Kowalski. W swej zwiewnej białej sukni ślubnej wiruje z czarnym kwadratem, wstążkami zaczepia o widzów, jest dynamiczny, nieprzewidywalny. Z boku wyłania się też Magdalena Jakubów z wielką czerwoną różą z tyłu głowy – znów nie wychodzi ze swej roli, jest najspokojniejsza ze wszystkich, ma smutną, niemal kamienną, twarz... [To się zmieni niebawem w najlepszej scenie tego performance’u – przyp.].

Tymczasem wśród widzów rozdawane są małe czarne kwadraty z kartonu, a Hanff nagle przebiega wśród zgromadzonych rozdając każdemu małe białe kwiatki wraz z łodyżkami zerwane przed chwilą na łące. Zanim je obejrzymy, performerka podchodzi do Jakubów, łapie ją w pół i już tańczą emocjonalne tango. Na twarzy obu widać wielkie emocje, Hanff chowa się w ramionach Jakubów i nagle już nie widzimy ich twarzy, a jedynie dwie postaci z jedną głową, która jest kwiatem róży…
To była jedyna scena, w której pomiędzy postaciami z „Requiem dla Dudziarskiej” jest taka fizyczna bliskość. Taka czułość. Taka uważność. Tancerki wtulają się w siebie, toną we własnych objęciach, później delikatnie dotykają swoich twarzy. Kiedy się rozstają – Jakubów tyłem do widzów (czyli różą w naszą stronę) znika w wysokiej trawie, a Hanff spotyka się z Kowalskim stojącym w swej sukni tuż przy obserwujących.
On trzyma w ręku metalową misę z czerwonymi płatkami kwiatów. Ona zanurza w nich dłonie, i zaraz oboje wyrzucą je w górę, w błękitne niebo. I okaże się, że to wszystko jest częścią jakiegoś rytuału, w którym wszyscy możemy spalić swoje czarne kwadraty.
To szczególna chwila jedności wszystkich ze wszystkimi. Chwila, w której obserwujący stają się realnie częścią tego wydarzenia, mogą uwolnić duchy (własne lub innych), mogą wyszeptać swoje marzenia, mogą coś zrobić, czuć się sprawczymi. Kiedy płonie niewielki ogień podsycany kolejnymi kartonikami, przez gałęzie drzewa wpada wąski promień światła. Świeci wprost na misę z płomieniami, przeszywając na pół jedyną osobę stojącą mu na drodze. Postać Hanff na chwilę się rozświetla...
Wkrótce płomień zaczyna zagasać i po łące płoży się biały dym. Najpierw owiewa publiczność, a później wiatr się zmienia, a w tej duszącej bieli zacierają się kontury „Róży”, „Jelenia” i „Człowieka”. Zanim dym się rozwieje do końca performerzy odejdą powoli w stronę trzech białych budynków. Idą przez zieleń, a z każdym krokiem ich czarno-białe stroje coraz bardziej zlewają się z tymi samymi kolorami bloków na Dudziarskiej...
To była jedyna scena, w której pomiędzy postaciami z „Requiem dla Dudziarskiej” jest taka fizyczna bliskość. Taka czułość. Taka uważność. Tancerki wtulają się w siebie, toną we własnych objęciach, później delikatnie dotykają swoich twarzy. Kiedy się rozstają – Jakubów tyłem do widzów (czyli różą w naszą stronę) znika w wysokiej trawie, a Hanff spotyka się z Kowalskim stojącym w swej sukni tuż przy obserwujących.
On trzyma w ręku metalową misę z czerwonymi płatkami kwiatów. Ona zanurza w nich dłonie, i zaraz oboje wyrzucą je w górę, w błękitne niebo. I okaże się, że to wszystko jest częścią jakiegoś rytuału, w którym wszyscy możemy spalić swoje czarne kwadraty.
To szczególna chwila jedności wszystkich ze wszystkimi. Chwila, w której obserwujący stają się realnie częścią tego wydarzenia, mogą uwolnić duchy (własne lub innych), mogą wyszeptać swoje marzenia, mogą coś zrobić, czuć się sprawczymi. Kiedy płonie niewielki ogień podsycany kolejnymi kartonikami, przez gałęzie drzewa wpada wąski promień światła. Świeci wprost na misę z płomieniami, przeszywając na pół jedyną osobę stojącą mu na drodze. Postać Hanff na chwilę się rozświetla...
Wkrótce płomień zaczyna zagasać i po łące płoży się biały dym. Najpierw owiewa publiczność, a później wiatr się zmienia, a w tej duszącej bieli zacierają się kontury „Róży”, „Jelenia” i „Człowieka”. Zanim dym się rozwieje do końca performerzy odejdą powoli w stronę trzech białych budynków. Idą przez zieleń, a z każdym krokiem ich czarno-białe stroje coraz bardziej zlewają się z tymi samymi kolorami bloków na Dudziarskiej...

Widzów w docelowe miejsce, drogą dookoła łąki, prowadzi przewodnik, opowiadający o tym nieudanym społecznie koncepcie, gdy miasto w latach 90. postanowiło umieścić osoby w ciężkiej sytuacji finansowej na odizolowanym od miasta osiedlu, w blokach bez podpiętego gazu, bez dobrej drogi dojazdowej, bez sklepów, punktów usługowych, apteki, lecznicy, kina, teatru, czegokolwiek. Ten socjalny eksperyment już upadł, ale przykro jest nawet patrzeć na te trzy budynki przeznaczone do wyburzenia. Czy istnieje nowy plan zabudowy tego terenu? W 2026 r. nie było tego wiadomo.
Podchodzimy do bloków. Są w opłakanym stanie. Okna zamurowane, wszystkie ściany w graffiti z różnymi obrazami i napisami. Tuż przed tym „zakazanym terenem” performerzy już na nas czekają. Ostatnie działanie kolektywu Limen Butoh jest mocnym gestem sprzeciwu, aktem niezgody, metaforą chęci zniszczenia tego ohydnego społecznie konceptu współczesnego „getta dla biednych”.
I bez słowa odchodzą na łąkę. W te intensywne kolory, w dziką przyrodę, zostawiając nas ze wszystkimi emocjami, myślami, wrażeniami wśród ponurych pustostanów…
To było ich „Requiem dla Dudziarskiej”. I nasze pożegnanie. Oklaski brzmiały dziwnie głucho odbijając się od porzuconych budynków, w których nikt już nie mieszka. Odbijały się też od wstydu, którego zmazać się nie da, i od nas samych – osamotnionych, choć stojących w tłumie. A kiedy się odwróciliśmy, by już odejść do naszych światów, na pobliskiej altance zobaczyliśmy wymalowane farbą wymowne słowa: „Im większe miasto tym więcej samotności. Ludzie mieszkają blisko ale brakuje bliskości”.
Podchodzimy do bloków. Są w opłakanym stanie. Okna zamurowane, wszystkie ściany w graffiti z różnymi obrazami i napisami. Tuż przed tym „zakazanym terenem” performerzy już na nas czekają. Ostatnie działanie kolektywu Limen Butoh jest mocnym gestem sprzeciwu, aktem niezgody, metaforą chęci zniszczenia tego ohydnego społecznie konceptu współczesnego „getta dla biednych”.
I bez słowa odchodzą na łąkę. W te intensywne kolory, w dziką przyrodę, zostawiając nas ze wszystkimi emocjami, myślami, wrażeniami wśród ponurych pustostanów…
To było ich „Requiem dla Dudziarskiej”. I nasze pożegnanie. Oklaski brzmiały dziwnie głucho odbijając się od porzuconych budynków, w których nikt już nie mieszka. Odbijały się też od wstydu, którego zmazać się nie da, i od nas samych – osamotnionych, choć stojących w tłumie. A kiedy się odwróciliśmy, by już odejść do naszych światów, na pobliskiej altance zobaczyliśmy wymalowane farbą wymowne słowa: „Im większe miasto tym więcej samotności. Ludzie mieszkają blisko ale brakuje bliskości”.

Droga powrotna wydawała mi się jakoś lżejsza, mimo zmęczenia i słońca, które wciąż bardzo mocno świeciło i grzało. Bardzo mi się te performatywne działania podobały, nie tylko przez to, że czuć było w nich ducha surrealizmu i były jak żywcem wyciągnięte z mych snów [Nie wiem czy w tym odbiorze jestem blisko czy daleko, ale jestem, tak jak umiem, jak czuję. Nie interesuje mnie, ile w tym wszystkim było improwizacji czy nawet przypadku – to by było też wspaniałe, bo przypadki, błędy, nieprawidłowości logiczne były ważnym obszarem badań surrealistów i powinny być też obszarami badań każdego z nas – przyp].
Wracając z tego spaceru performatywnego, pokonując tę sama trasę wstecz, doświadczałam jakiejś ulgi, drobnego rozmycia i spokoju. Czułam się po prostu radośniej, przepełniała mnie wdzięczność za to niecodzienne doświadczenie. To nie tylko przez uczestnictwo w tym spacerze i performance. To dzięki wyimaginowanym światom, wrażeniom estetycznym i kolorystycznym, przyrodzie, spotkaniu, byciu w tej dziwnej społeczności i dzięki ostatniej akcji performerów, powstałej absolutnie spontanicznie.
Artyści (już po odejściu widzów) wbili swoje transparenty na łące. Ich czarne kwadraty z kolorowymi wstążkami zostały na niej dla innych. Przypadkowych spacerowiczów, lokalnych mieszkańców, może też dla ekip budowlanych. Niczym pytanie: Czy zamiast „osiedla wstydu” powstanie tu kiedyś „osiedle snów”?
Wolno przecież marzyć. Prawda?
Sandra Wilk, Strona Tańca
www.stronatanca.pl
„Requiem dla Dudziarskiej” – spacer performatywny z tancerzami butoh i przewodnikiem, koncepcja: Marek Kowalski, opracowanie i performance: Sylwia Hanff, Magdalena Jakubów, Marek Kowalski, przewodnik-opowiadacz spaceru: Paweł Łęczuk, wsparcie plastyczne: Beata Kaczurba, organizator: stowarzyszenie Akademia Umiejętności Społecznych i kolektyw Limen Butoh, pokaz w ramach projektu: „Nie-miejsca. Miasto, które oddycha. Butoh jest wszędzie”, trasa: pętla Olszynka Grochowska – osiedle przy ul. Dudziarskiej, pokaz: 16.07.2026
Wracając z tego spaceru performatywnego, pokonując tę sama trasę wstecz, doświadczałam jakiejś ulgi, drobnego rozmycia i spokoju. Czułam się po prostu radośniej, przepełniała mnie wdzięczność za to niecodzienne doświadczenie. To nie tylko przez uczestnictwo w tym spacerze i performance. To dzięki wyimaginowanym światom, wrażeniom estetycznym i kolorystycznym, przyrodzie, spotkaniu, byciu w tej dziwnej społeczności i dzięki ostatniej akcji performerów, powstałej absolutnie spontanicznie.
Artyści (już po odejściu widzów) wbili swoje transparenty na łące. Ich czarne kwadraty z kolorowymi wstążkami zostały na niej dla innych. Przypadkowych spacerowiczów, lokalnych mieszkańców, może też dla ekip budowlanych. Niczym pytanie: Czy zamiast „osiedla wstydu” powstanie tu kiedyś „osiedle snów”?
Wolno przecież marzyć. Prawda?
Sandra Wilk, Strona Tańca
www.stronatanca.pl
„Requiem dla Dudziarskiej” – spacer performatywny z tancerzami butoh i przewodnikiem, koncepcja: Marek Kowalski, opracowanie i performance: Sylwia Hanff, Magdalena Jakubów, Marek Kowalski, przewodnik-opowiadacz spaceru: Paweł Łęczuk, wsparcie plastyczne: Beata Kaczurba, organizator: stowarzyszenie Akademia Umiejętności Społecznych i kolektyw Limen Butoh, pokaz w ramach projektu: „Nie-miejsca. Miasto, które oddycha. Butoh jest wszędzie”, trasa: pętla Olszynka Grochowska – osiedle przy ul. Dudziarskiej, pokaz: 16.07.2026


